14/07/2025
Jesteśmy pokoleniem, które już nie wróci.
Dorastaliśmy z kurzem na butach, zdartymi kolanami i sercem, które się spieszyło —
nie do ekranów, lecz na podwórko,
żeby jak najszybciej zjeść przekąskę i pobiec bawić się z przyjaciółmi.
Wtedy najważniejsza była piłka i ci, którzy biegli obok.
Wracaliśmy ze szkoły pieszo — śmiejąc się, żartując albo po prostu marząc w ciszy.
Myślami byliśmy już w kolejnej przygodzie:
gdzieś między piaskiem, kałużą a sekretem, który krył się za rogiem.
Patyk stawał się mieczem,
kałuża — morzem.
Nasze skarby to były kulki, naklejki, papierowe statki.
A jedyną granicą było niebo.
Nie mieliśmy chmur.
Tylko wspomnienia — w głowie i na kliszy.
Zdjęcia się wywoływało, dotykało rękami, trzymało w pudełkach.
Tam też leżały odręczne listy, pocztówki od babci i taty,
i rysunki, które mama przechowywała jak największe skarby.
„Mamą” nazywało się tę, która tuliła, gdy bolało.
A „tatą” — tego, który biegł obok, ucząc jazdy na rowerze.
I to nam wystarczało.
A wieczorem, już pod kołdrą,
szeptało się z bratem czy siostrą z sąsiedniego łóżka,
śmiało się z głupstw —
i bało, żeby dorośli nie usłyszeli i nie zgasili naszego małego, ciepłego świata.
To pokolenie powoli odchodzi —
jak fotografia, która z czasem blaknie,
ale której nikt nie chce wyrzucić.
Odchodzimy cicho,
niosąc ze sobą niewidzialną walizkę:
ze śmiechem dzieci na podwórku,
z zapachem świeżego chleba,
z beztroskimi gonitwami
i z tą wolnością, w której nie było jeszcze żadnego „powiadomienia”.
Byliśmy dziećmi — wtedy, gdy naprawdę można było nimi być.
I chyba właśnie w tym tkwi nasze największe szczęście.